Listy od przyszłego męża w jidysz, życzenia urodzinowe od rodziny po
polsku. Korespondencja, w której młoda dziewczyna pisze o swoich
obozowych przeżyciach i o religii. Zdjęcia, na których widać rodziców i
więźniów obozów pracy. Cytaty z listów, w których przebija się nadzieja
na powrót do normalnego życia. To wszystko zebrano na dziewięciu
planszach, które zajmują jedną z sal w Muzeum Galicja.
- Naszym celem jest pokazanie tego, co stanowiło kontakt Sali ze
światem zewnętrznym. Przechowując swoją korespondencję, ryzykowała
życiem - opowiada Jakub Nowakowski, odpowiedzialny za edukację w Muzeum
Galicja.
Sala Garncarz pochodzi z Sosnowca. W 1941 roku jej siostra otrzymała
wezwanie do niemieckiego obozu pracy. Sala zgłosiła się zamiast niej.
Roboty przymusowe mające potrwać kilka tygodni, przeciągnęły się do
czterech lat. Początkowo mogła dostawać listy, choć były cenzurowane.
Później korespondencję trzeba było przemycać przez przekupionych
strażników obozowych. Sali udało się przeżyć, po wojnie wyjechała do
USA, gdzie wyszła za poznanego w Niemczech amerykańskiego żołnierza. O
swoich wspomnieniach nie rozmawiała z nikim aż do 1991 r., gdy
przygotowywała się do operacji wszczepienia bajpasów. Wtedy pamiątki
przekazała córce, Ann Kirschner, która wpadła na pomysł zaprezentowania
ich szerszej publiczności.
- Najważniejsze w naszej wystawie jest, to że ta historia jest
jednostkowa. To jedna osoba ze swoimi losami, rodziną, związkami z
innymi ludźmi - mówi Izabela Szatrawska z Muzeum Galicja. - To
pozytywna tendencja, że zmienia się sposób opowiadania o Holocauście.
Dzięki temu do głosu dochodzą indywidualne historie.
Wystawę będzie można oglądać do października.
Źródło: Gazeta Wyborcza Kraków